• V Rozdział Ewangelii Mateusza

    „Bądźcie więc doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec”

    Na pierwszy rzut oka V rozdział Mateusz może wydawać się rozdziałem wymagającym, a nawet surowym. Jezus mówi o ubóstwie ducha, prześladowaniu, gniewie, cudzołóstwie, rozwodzie, przysięgach, odpłacaniu złem za zło i miłości do nieprzyjaciół. Widzimy szereg zakazów i nakazów. Możemy nawet popaść
    w przygnębienie myśląc o sobie źle. Myśląc że nie jesteśmy w stanie sprostać tym wszystkim wymaganiom. Jednak pod powierzchnią tych wszystkich słów znajduje się jedna wielka prawda:

    Bóg nie chce jedynie zmienić naszego zachowania. On chce przemienić nasze serce tak, aby zaczęło przypominać serce Ojca.

    To właśnie dlatego kulminacją rozdziału są słowa: „Bądźcie więc doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec niebieski.” (Mt 5: 48) Jezus pokazuje dojrzałość miłości, która nie ogranicza się do tych, którzy na nią zasługują.

    Jezus rozpoczyna od błogosławieństwa, a nie od wymagań

    Gdzie jest prawdziwe szczęście?

    Jezus rozpoczyna Kazanie na Górze od słów: „Błogosławieni…” (szczęsliwi)
    To niezwykłe, bo mówi o ludziach, których świat niekoniecznie nazwałby szczęśliwymi — o ubogich w duchu, płaczących, cichych, miłosiernych czy prześladowanych. Jezus pokazuje, że szczęście nie polega na tym, że w naszym życiu wszystko układa się dobrze. Prawdziwe szczęście zaczyna się wtedy, gdy odkrywamy, że potrzebujemy Boga i pozwalamy Mu być obecnym w naszym życiu. Możemy nie mieć wszystkiego. Możemy przeżywać trudności, ból i łzy. Ale jeśli wiemy, do Kogo należymy, nie tracimy nadziei. Bo prawdziwe szczęście nie polega na posiadaniu wszystkiego. Polega na tym, że mamy Ojca.

    Ojcowskie serce Boga widzi człowieka także wtedy, gdy człowiek sam siebie nie potrafi zobaczyć jako wartościowego.

    Jezus mówi to do tłumów ludzi, którzy przyszli do niego. Są grzesznikami jak cała ludzkość. Nie mówi to indywidualnie tylko do „wybranych”, każdy kto słyszy jest zaproszony. Chce aby serce człowieka zostało zmienione, na podstawie miłości Ojca. Jego miłość jest fundamentem, z którego dziecko może dopiero wzrastać.
    W tym sensie Kazanie na Górze nie rozpoczyna się od ciężaru, ale od tożsamości i błogosławieństwa.

    „Wy jesteście solą ziemi i światłem świata”

    Jezus nie mówi: „Stańcie się solą.” Nie mówi: „Najpierw udowodnijcie swoją wartość, a wtedy będziecie światłem.” Mówi: „Wy jesteście.” To pokazuje, że Bóg widzi więcej, widzi w nas dobro, które zasiał i wie, że mamy ten potencjał w sobie. To tylko od nas zależy czy będziemy się chować pod korcem lub dopuścimy aby sól zwietrzała?

    Jezus nie znosi prawa — On prowadzi nas głębiej

    W drugiej części Jezus wielokrotnie mówi: „Słyszeliście, że powiedziano…” A następnie: „A Ja wam powiadam…” Jezus odnosi się między innymi do: zabójstwa, gniewu, cudzołóstwa, pożądania, rozwodu, przysiąg, odwetu, miłości do nieprzyjaciół. Można odnieść wrażenie, że Jezus zaostrza wymagania. Ale Jego celem nie jest stworzenie jeszcze bardziej skomplikowanego systemu religijnego. Jezus pokazuje, że Bóg interesuje się nie tylko tym, co robimy, ale tym, co dzieje się wewnątrz nas. Można nie zabić człowieka, a jednocześnie niszczyć go swoim gniewem. Można nie dopuścić się fizycznego cudzołóstwa, a jednocześnie pielęgnować pożądanie. Można wypowiadać poprawne słowa, ale mieć nieuczciwe serce. Jezus przesuwa ciężar z: „Czy zrobiłem coś złego?” na: „Co dzieje się w moim sercu?”

    Ojciec interesuje się sercem, nie tylko zachowaniem

    To jedna z najważniejszych nauk całego rozdziału. Religijność często koncentruje się na zewnętrznym zachowaniu: „Czy zrobiłem to?” „Czy wolno mi tam pójść?” „Czy przekroczyłem granicę?” Jezus idzie głębiej. Pyta: „Kim jesteś w swoim wnętrzu?” W przypadku gniewu mówi: „Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi.” W przypadku cudzołóstwa mówi: „Każdy, kto patrzy na kobietę
    i pożąda jej, już dopuścił się z nią cudzołóstwa w swoim sercu.” To pokazuje, że Bóg nie jest jedynie kontrolerem zachowania. Ojciec chce uzdrowić źródło zachowania — ludzkie serce. To ogromna różnica.

    Gniew — Ojciec chce pojednania

    Jezus mówi: „Jeśli więc przyniesiesz swój dar na ołtarz i tam wspomnisz, że twój brat ma coś przeciwko tobie, zostaw tam swój dar (…) i najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim.” To niezwykle mocne. Bóg mówi niejako: „Nie chcę twojej religijności kosztem twoich relacji.” Możemy śpiewać, modlić się, czytać Biblię i wykonywać wiele religijnych czynności, a jednocześnie nosić w sercu nieprzebaczenie. Jezus pokazuje, że dla Ojca relacja ma ogromne znaczenie. Dlaczego? Ponieważ Bóg jest Ojcem. A Ojciec pragnie, aby Jego dzieci żyły ze sobą w pojednaniu.

    Jezus mówi: „Bądźcie jak wasz Ojciec.”

    Nie chodzi o to, abyśmy stali się idealni. Chodzi o to, abyśmy coraz bardziej pozwalali, żeby charakter Ojca był widoczny w naszym życiu. Możemy więc: Kochać, nawet kiedy nie otrzymujemy miłości w zamian. Przebaczać, nawet jeśli zranienie było prawdziwe. Budować pokój zamiast konfliktu. Okazywać miłosierdzie zamiast szybko osądzać. Pilnować swojego serca, a nie tylko swojego zachowania. Mówić prawdę i być ludźmi, na których można polegać. Nie odpłacać złem za zło. Modlić się za tych, którzy nas zranili. Być światłem i solą tam, gdzie Bóg nas postawił. I przede wszystkim — żyć ze świadomością, że jesteśmy dziećmi Ojca.

    Można powiedzieć, że cały ten rozdział prowadzi nas od jednego pytania do drugiego. Najpierw Jezus pokazuje: „Taki jest wasz Ojciec.” A potem mówi: „Skoro jesteście Jego dziećmi, pozwólcie, aby było Go widać w was.” Nie musimy być doskonali, aby Ojciec nas kochał. To dlatego, że jesteśmy kochani, możemy uczyć się kochać. Nie musimy zasługiwać na Jego miłosierdzie, aby stać się miłosierni. Najpierw otrzymujemy, potem możemy dawać. Nie musimy żyć w strachu, że wszystko zależy od nas. Mamy Ojca.
    ❤️Ojcze, jestem Twoim dzieckiem. Chcę żyć tak, aby Twoje serce było widoczne we mnie.

  • Mateusza IV Rozdział

    Mateusza IV Rozdział

    Ojciec który prowadzi Syna

    Jezus na pustyni — dlaczego Bóg na to pozwolił?

    Zaraz po chrzcie Jezus zostaje wyprowadzony przez Ducha na pustynię, aby był kuszony przez diabła. Naturalnie pojawia się pytanie: dlaczego Bóg na to pozwolił? Jak to możliwe, że Ojciec dopuścił, aby Jego Syn doświadczał głodu, samotności i pokusy? Żeby to zrozumieć, trzeba spojrzeć szerzej na misję Jezusa. Przyszedł On bowiem nie tylko po to, aby nauczać ludzi, ale przede wszystkim, aby naprawić to, co zostało zniszczone przez grzech i nieposłuszeństwo człowieka. Dlatego Jezus dobrowolnie wchodzi w doświadczenie pustyni i poddaje się próbie. Nie jest to przypadkowy epizod, lecz ważny element Jego misji.

    Nie bez znaczenia jest również 40 dni spędzonych przez Jezusa na pustyni. Liczba ta przywołuje na myśl czterdzieści lat wędrówki Izraelitów po pustyni. Izrael w czasie próby wielokrotnie okazywał brak zaufania Bogu i ulegał pokusom. Jezus natomiast przechodzi przez podobną próbę, ale pozostaje całkowicie wierny Ojcu. Można dostrzec tutaj jeszcze głębszą analogię z Adamem. Pierwszy człowiek, przebywając w ogrodzie pełnym obfitości, uległ pokusie. Jezus, znajdując się na pustyni, będąc głodny i pozbawiony ludzkiego komfortu, pozostaje posłuszny Bogu. Tam, gdzie człowiek zawiódł, Jezus okazuje się wiernym Synem.

    Diabeł również nieprzypadkowo próbuje podważyć Boże Słowo. To właśnie od tego rozpoczęła się pokusa w Edenie: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział…?” Na pustyni mechanizm jest podobny. Szatan próbuje skłonić Jezusa do zakwestionowania Bożej drogi i wykorzystuje nawet słowa Pisma. Jezus jednak nie odpowiada jedynie znajomością biblijnych wersetów. On rozumie ich sens i przede wszystkim zna Ojca, któremu ufa. Nie daje się sprowokować do udowadniania swojej pozycji ani do wybierania łatwiejszej drogi. Każdą pokusę odrzuca, pozostając wiernym Bożej woli.

    To pokazuje również coś ważnego o naszych własnych próbach. Szatan nie zawsze przychodzi z jawnym zaprzeczeniem Boga. Często działa znacznie subtelniej — próbuje wzbudzić w nas wątpliwość co do tego, czy naprawdę możemy zaufać temu, co Bóg powiedział. Dlatego sama znajomość Pisma jest ważna, ale równie ważne jest poznawanie Boga, Jego charakteru i Jego sposobu działania. Jezus zwyciężył na pustyni nie dlatego, że znał kilka odpowiednich wersetów, lecz dlatego, że ufał Ojcu i nie pozwolił, aby pokusa skłoniła Go do działania niezależnie od Niego. Pustynia stała się więc nie miejscem porażki, ale miejscem zwycięstwa — pierwszym wyraźnym znakiem, że Jezus przyszedł odwrócić skutki nieposłuszeństwa człowieka i zniszczyć dzieła diabła.

    Diabeł za każdym razem próbuje uderzyć w inną sferę ludzkiej słabości. Najpierw głód — namawia Jezusa, aby zamienił kamienie w chleb i zaspokoił swoją potrzebę poza wolą Ojca. Następnie pycha i potrzeba udowodnienia swojej tożsamości — sugeruje Mu, aby rzucił się ze świątyni i zmusił Boga do spektakularnej interwencji. Na końcu pojawia się władza i chęć pójścia na skróty — Szatan oferuje Jezusowi panowanie nad światem w zamian za oddanie mu pokłonu.
    W każdej z tych prób Jezus odrzuca pokusę, wybierając zaufanie Ojcu zamiast natychmiastowego zaspokojenia potrzeb, wystawiania Boga na próbę czy zdobywania celu łatwiejszą drogą.

    Można spojrzeć na kuszenie Jezusa jako na świadome odwrócenie tego, co wydarzyło się w Edenie. Ewa sięgnęła po owoc, aby zaspokoić swoje pragnienie, natomiast Jezus — mimo że był skrajnie głodny — nie wykorzystał swojej mocy, aby zaspokoić własne pragnienie i potrzebę. Następnie Szatan powraca do tej samej myśli, którą posłużył się wobec Ewy: „na pewno nie umrzesz”. W Edenie miało to skłonić człowieka do przekroczenia Bożego nakazu, a Jezusowi zostaje zaproponowane wystawienie Boga na próbę — przecież aniołowie mieliby Go ochraniać. Na końcu pojawia się obietnica podobna do tej z Edenu: „będziecie jak Bóg”. Jezusowi Szatan proponuje władzę nad królestwami świata — coś, co przypomina Boże panowanie, ale osiągnięte bez posłuszeństwa Ojcu i bez drogi, którą wyznaczył Bóg. Adam chciał zdobyć to, co nie było mu dane, natomiast Jezus nie sięga do niczego, co wymagałoby odstąpienia od woli Ojca. W ten sposób Jezus przechodzi próbę, w której Adam zawiódł.

    Ojciec, który prowadzi Syna

    Po zwycięstwie Jezusa nad pokusami na pustyni Ewangelia Mateusza przechodzi do kolejnego etapu Jego misji. To, co wydarzyło się wcześniej, nie było jedynie próbą charakteru. Jezus właśnie rozpoczyna swoją publiczną działalność. Warto jednak spojrzeć na te wydarzenia nie tylko jak na kolejne punkty historii Jezusa, ale również przez pryzmat serca Ojca.

    Po czterdziestu dniach pustyni Jezus jest wyczerpany. I właśnie wtedy pojawia się bardzo znamienny szczegół: aniołowie przychodzą i Mu usługują. Bóg nie uchronił swojego Syna przed pustynią, głodem ani kuszeniem, ale nie oznaczało to, że był wobec Niego obojętny. Ojciec pozwolił Jezusowi przejść przez próbę, ale w odpowiednim czasie przysłał Mu pomoc. To ważna lekcja także dla nas. Boża obecność nie zawsze oznacza, że zostaniemy wyjęci z trudnego doświadczenia. Czasami oznacza, że Bóg przeprowadzi nas przez nie i da nam siłę dokładnie wtedy, kiedy będzie ona potrzebna.

    Jezus rozpoczyna swoją misję

    Kiedy Jezus dowiaduje się o uwięzieniu Jana Chrzciciela, odchodzi do Galilei. To właśnie tam rozpoczyna głoszenie: „Nawracajcie się, bo przybliżyło się Królestwo Niebios”. Nie jest to przypadkowe miejsce. Galilea była obszarem, który nie cieszył się takim prestiżem jak Jerozolima. Mateusz widzi w tym jednak wypełnienie proroctwa Izajasza — światło miało zabłysnąć właśnie dla ludzi żyjących w ciemności. I tutaj ponownie możemy dostrzec serce Boga. Bóg nie zaczyna od tych, którzy wydają się najlepsi, najważniejsi czy najbardziej religijni. Światło przychodzi do ludzi siedzących w ciemności. Jezus nie rozpoczyna swojej działalności od budowania własnej pozycji. Przychodzi do ludzi potrzebujących światła.

    „Pójdźcie za Mną”

    Następnie Jezus spotyka Piotra i Andrzeja. Później Jakuba i Jana. Wszyscy wykonują zwyczajne, codzienne zajęcia — łowią ryby. Jezus mówi do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. To niezwykłe, że Jezus nie wybiera ludzi według kryteriów, którymi często posługuje się świat. Nie szuka najbogatszych, najbardziej wykształconych czy najbardziej wpływowych. Powołuje zwyczajnych ludzi i zaprasza ich do udziału w czymś znacznie większym niż ich dotychczasowe życie. Widać tutaj pewną cechę ojcowskiego serca Boga: Bóg nie tylko mówi człowiekowi, kim jest. On również pokazuje mu, kim może się stać. Piotr jest rybakiem. Jezus mówi mu jednak: „Uczynię cię…”. To bardzo ważne słowa. Jezus widzi w człowieku nie tylko jego teraźniejszość, ale także jego przyszłość. Nie mówi: „Najpierw stań się kimś wartościowym, a potem możesz za Mną pójść”. Mówi: „Pójdź za Mną, a Ja będę cię kształtował”.

    Jezus dotyka tego, co boli

    Mateusz kończy ten rozdział bardzo ciekawym obrazem. Jezus przemierza Galileę, naucza, głosi Ewangelię Królestwa i uzdrawia wszelką chorobę i wszelką niemoc wśród ludu.

    To pokazuje, że Jego misja nie ogranicza się do głoszenia pięknych słów. Jezus widzi człowieka całego — jego duchowe zagubienie, ale również jego fizyczne cierpienie. Jest w tym coś bardzo ojcowskiego. Dobry ojciec nie mówi swojemu cierpiącemu dziecku: „Najważniejsze, żebyś miał właściwą teorię na temat cierpienia”. Najpierw chce być blisko. Chce pomóc. Chce ulżyć. I właśnie taki obraz Boga zaczyna odsłaniać Jezus. Bóg nie jest obojętnym obserwatorem ludzkiego cierpienia. Dlatego Jezus dotyka ludzi chorych, przygniecionych niemocą, opętanych, cierpiących. Królestwo Boże, które głosi, nie jest jedynie abstrakcyjną ideą. Tam, gdzie pojawia się Jezus, zaczyna się przywracanie człowieka do życia.

    A jednak najpierw pustynia

    Kiedy spojrzymy na cały rozdział, pojawia się ciekawy kontrast. Najpierw Jezus jest samotny na pustyni. Jest głodny. Jest kuszony. Nie wybiera łatwej drogi. A chwilę później widzimy Go pośród ludzi — głoszącego, powołującego uczniów, uzdrawiającego i przynoszącego nadzieję. Może właśnie dlatego pustynia była potrzebna. Jezus najpierw musiał powiedzieć „nie” pokusie wykorzystania swojej mocy dla siebie, aby później używać jej dla dobra innych. Nie zamienił kamieni w chleb, aby nakarmić siebie, ale później będzie karmił głodnych. Nie rzucił się ze świątyni, aby zmusić Ojca do spektakularnego działania, ale będzie pochylał się nad ludźmi w ich zwyczajnym cierpieniu. Nie przyjął władzy nad światem od Szatana, ale będzie głosił Królestwo Boże — królestwo zdobywane nie przez kompromis, lecz przez posłuszeństwo Ojcu. I być może właśnie tutaj najlepiej widać serce Boga. Ojciec nie prowadzi Jezusa drogą łatwą. Prowadzi Go drogą właściwą. A to ogromna różnica.

    Czasami myślimy, że skoro Bóg jest naszym Ojcem, powinien oszczędzić nam każdej pustyni. Tymczasem Mateusz pokazuje coś innego. Ojciec może dopuścić do doświadczenia, ponieważ widzi coś, czego my jeszcze nie widzimy. Nie opuszcza jednak swojego dziecka. Towarzyszy mu, wzmacnia je i prowadzi dalej.

    Jezus wychodzi z pustyni nie jako pokonany, lecz umocniony do rozpoczęcia swojej misji. A potem idzie do ludzi. Do chorych. Do zagubionych. Do zwyczajnych rybaków. Do tych, którzy siedzą w ciemności. I przynosi im światło.

    Może właśnie dlatego warto inaczej spojrzeć na własne pustynie. Nie każda pustynia jest dowodem na to, że Bóg nas opuścił. Czasami jest miejscem, w którym Ojciec przygotowuje nas do czegoś, czego jeszcze nie jesteśmy w stanie zobaczyć.

  • Mateusza III rozdział

    Mateusza III rozdział

    Mateusz 3 zaczyna się od pustyni, a kończy otwartym niebem. Pomiędzy nimi znajduje się człowiek, który woła: „Nawróćcie się”, Jezus, który wchodzi do Jordanu, i głos Ojca: „Ten jest mój Syn umiłowany, którego sobie upodobałem”. Można przeczytać ten rozdział jako historię rozpoczęcia publicznej działalności Jezusa. Można też zobaczyć w nim coś znacznie bardziej osobistego — historię Boga, który pokazuje człowiekowi swoje serce. Bo Mateusz mówi nie tylko o tym, co wydarzyło się nad Jordanem. Mówi o tym, kim jest Bóg, kiedy patrzy na człowieka pogubionego, grzesznego i spragnionego powrotu.

    Pustynia

    Jan Chrzciciel pojawia się na pustyni judzkiej. To właśnie tam rozlega się jego głos: „Nawróćcie się, bo przybliżyło się Królestwo Niebios”.

    Pustynia jest tutaj czymś więcej niż miejscem na mapie. Jest symbolem przestrzeni, w której człowiek zostaje pozbawiony tego, co zwykle daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jest ciszą, samotnością, brakiem i próbą. Jest miejscem, gdzie nie można już tak łatwo zagłuszyć tego, co dzieje się wewnątrz. Jest też miejscem bardzo niebezpiecznym, w którym bardzo łatwo zginąć, zwłaszcza gdy brakuje wody. Woda jest więc symbolem łaski, życia, pragnienia i oczyszczenia. Na pustyni widzimy jak bardzo potrzebujemy rzeki życia, Boga który nas uratuje, obmyje
    i napoi.

    W Starym Testamencie Mojżesz doprowadza swój lud do rzeki Jordan lecz przez nią nie przechodzi tylko Jozue przeprowadza ten lud do Ziemi Obiecanej.
    W Ewangelii mamy podobną sytuację – Jan przyprowadza lud nad rzekę po to aby dalej Jezus (Jehoszua czyli Jozue) prowadził swój lud do Królestwa Niebios (docelowej Ziemi Obiecanej – już wiecznej).

    Dlatego Jan wzywa aby się nawrócić i przygotować drogę Panu, aby mógł przyjść musimy wyprostować coś co jest pokrzywione w nas. To przede wszystkim nasz sposób myślenia. Są rzeczy które potrafimy ukryć przed ludźmi, ale których nie ukryjemy przed Bogiem: między innymi nieprzebaczenie, pycha, złość, lęk, potrzeba kontroli, przywiązanie do własnej racji. Grzech, którego nie chcemy nazwać. Nawrócenie oznacza zmianę drogi, zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy udawać.

    Nie chodzi o to, aby powiedzieć: „Boże, zobacz, już wszystko naprawiłam”. Chodzi o coś zupełnie innego: „Boże, zobacz mnie taką, jaka jestem. Nie potrafię sama tego naprawić. Potrzebuję Ciebie.”

    Jan pokazuje tutaj więc obłudę Faryzeuszy i sadyceuszy, którzy przychodzą do Boga bez owoców nawrócenia. Bóg objawia mu jakie jest ich serce. Uważają się za ludzi prawych na podstawie tylko przynależności do potomstwa Abrahama. Byli to ludzie, którzy chodzili do świątyni, bardzo dobrze znali Pisma i z nich rozliczali innych, ale brakowało im na przykład miłości do ludzi. To jest prawdziwy owoc nawrócenia.

    Nad Jordan przychodzi Jezus.

    Jan rozumie, że to nie Jezus potrzebuje chrztu. Jezus jest bez grzechu. To człowiek potrzebuje nawrócenia. A jednak Jezus wchodzi do tej samej wody, do której wchodzą grzesznicy. Dlaczego? Bo Jezus nie przyszedł jedynie powiedzieć człowiekowi, jak ma żyć. Przyszedł stanąć na jego miejscu. Przyszedł zabrać nasze grzechy, które chcemy oczyścić. Przyszedł nas przeprowadzić przez tą rzekę o Królestwa Niebios! To jeden z najbardziej poruszających obrazów całej Ewangelii. Ten, który nie miał grzechu, staje pośród grzesznych. Nie dlatego, że potrzebuje oczyszczenia, ale dlatego, że przyszedł wziąć na siebie to, czego my nie potrafiliśmy udźwignąć.

    I właśnie w tym objawia się miłość Boga.

    Bóg nie patrzy na grzesznego człowieka z bezpiecznej odległości. W Jezusie wchodzi w jego rzeczywistość. Schodzi do jego poziomu. Dotyka jego bólu. Bierze na siebie jego ciężar. Nie po to, aby człowieka upokorzyć, ale żeby go podnieść.

    Jezus wychodzi z wody. Niebo się otwiera. Duch Święty zstępuje na Niego jak gołębica. I rozlega się głos Ojca: „Ten jest mój Syn umiłowany, którego sobie upodobałem”.

    To niezwykle ważne, bo pokazuje nam coś o samym sercu Boga. Miłość Ojca nie zależy od osiągnięć Syna.

    Nie przestaje być umiłowany dlatego, że bierze na siebie grzech świata. Nie traci swojej tożsamości. Nie przestaje być Synem. Przeciwnie — właśnie jako umiłowany Syn dobrowolnie idzie drogą posłuszeństwa i miłości aż na krzyż.

    Bóg mówi: „Mój Syn umiłowany” zanim Jezus podejmuje działanie. Ufa mu. Kocha Go niezależnie od tego co uczyni dalej. Chce aby znał swoją tożsamość.

    To mnie uczy jaki jest Bóg. Jakie jest Jego serce. Nie muszę zapracować sobie na Jego miłość. Mogę przyjść do niego taka jaka jestem. Bo my bardzo często żyjemy odwrotnie. Chcemy najpierw coś zrobić, osiągnąć, udowodnić, zasłużyć. Chcemy być wystarczająco dobrzy, żeby poczuć, że jesteśmy wartościowi. A Bóg pokazuje nam inną drogę. Nie mówi: „Zasłuż na moją miłość”. Mówi: „Pozwól, abym cię kochał, a ta miłość zacznie cię przemieniać.”

    To nie znaczy, że grzech jest nieważny. Jan mówi przecież bardzo wyraźnie o nawróceniu i owocu, który powinien z niego wynikać. Ale kolejność ma ogromne znaczenie. Nie zmieniam się po to, żeby Bóg mnie pokochał. Zmiana zaczyna się dlatego, że zostałam przez Boga pokochana.

    I może właśnie w tym zawiera się cała nadzieja Ewangelii. Bóg widzi nasz grzech, ale nie odwraca od nas twarzy. Widząc naszą słabość, nie mówi: „Radź sobie sama”. Widząc naszą pustynię, nie mówi: „Znajdź drogę”. On sam przychodzi w Jezusie, staje pośród nas. Bierze na siebie nasz grzech. A potem prowadzi nas z powrotem do Ojca.

    Dlatego chrześcijaństwo nie zaczyna się od człowieka, który próbuje być wystarczająco dobry dla Boga. Zaczyna się od Boga, który mówi: „Wróć do Mnie.”
    I może właśnie tego najbardziej potrzebujemy dzisiaj usłyszeć. Nie jesteśmy zaproszeni do Boga dlatego, że wszystko w naszym życiu jest już uporządkowane. Przychodzimy często poranieni przez pustynię i szukamy ocalenia w wodzie życia, którą jest Jezus.

    A ponad całym naszym życiem, ponad pustynią, upadkami, próbami i wszystkim, czego jeszcze nie rozumiemy, pozostaje głos z otwartego nieba: „Umiłowany.”
    I może właśnie tej prawdy powinniśmy nauczyć się najbardziej — że nasza wartość nie zaczyna się od tego, co zrobimy dla Boga. Zaczyna się od tego, że jesteśmy przez Niego kochani.

    ❤️ Mateusz 3 jest więc nie tylko opowieścią o początku misji Jezusa. Jest opowieścią o Ojcu, który otwiera niebo, aby człowiek zobaczył Jego serce. 

  • Mateusza II rozdział – Rzeź niewiniątek

    Rzeź niewiniątek — gdzie jest Bóg, kiedy cierpią niewinni?

    Jest w drugim rozdziale Ewangelii Mateusza fragment, przy którym trudno przejść obojętnie.

    Herod, dowiedziawszy się od Mędrców o narodzinach Króla, rozkazuje zabić wszystkich chłopców w Betlejem i okolicy, którzy mieli około dwóch lat lub mniej. To jedna z najbardziej bolesnych scen Ewangelii. I właśnie tutaj pojawia się pytanie, którego nie da się ominąć: Gdzie jest Bóg, kiedy cierpią niewinni? Dlaczego Bóg nie zatrzymał ręki Heroda? Dlaczego pozwolił, aby niewinne dzieci zginęły? Czy naprawdę możemy mówić o Bogu jako o dobrym Ojcu, kiedy czytamy taką historię?

    Nie chcę na te pytania odpowiadać prostym zdaniem.

    Bo cierpienie niewinnych jest zbyt poważne, aby przykrywać je łatwymi odpowiedziami. Chcę natomiast zatrzymać się przy tym fragmencie i zobaczyć, co mówi nam on o człowieku, o złu i przede wszystkim o sercu Boga.

    Kim był Herod?
    Żeby zrozumieć powagę tej historii, trzeba najpierw zobaczyć, kim był Herod Wielki. Nie był łagodnym i spokojnym władcą. Był człowiekiem niezwykle ambitnym, podejrzliwym i bezwzględnym, który bardzo mocno pilnował swojej pozycji.

    Historyk Józef Flawiusz opisuje wiele przypadków, w których Herod pozbywał się ludzi, których uważał za zagrożenie dla swojej władzy — również członków własnej rodziny. Z jego rozkazu został zamordowany m.in. jego syn Arystobul, a później także inni członkowie rodziny. 

    To bardzo ważne tło dla Mateusza 2.

    Kiedy więc Herod słyszy od Mędrców: „Gdzie jest nowo narodzony Król Żydów?” To nie słyszy tego jak ojciec, który cieszy się z narodzin dziecka. On słyszy: „Pojawił się ktoś, kto może odebrać mi władzę”. I właśnie tutaj zaczyna się tragedia. Herod nie walczył z Dzieckiem. Walczył o swoje królestwo Jezus był jeszcze niemowlęciem. Nie miał armii. Nie miał pałacu. Nie miał żołnierzy. Nie miał politycznej władzy.
    A mimo to Herod się Go bał. Dlaczego?
    Bo Herod miał serce, które nie chciało utracić kontroli.
    I tutaj widzę coś bardzo aktualnego.
    Czasami człowiek może tak bardzo przywiązać się do swojej pozycji, bezpieczeństwa, pieniędzy, znaczenia czy kontroli, że zaczyna traktować nawet Boga jak zagrożenie. Herod nie potrafił powiedzieć: „Niech Bóg będzie Królem”.
    Musiał powiedzieć: „To ja jestem królem”. I właśnie dlatego chciał usunąć Jezusa.

    Czy rzeź dzieci rzeczywiście mogła się wydarzyć?

    To pytanie pojawia się bardzo często. Poza Ewangelią Mateusza nie mamy niezależnego starożytnego źródła, które wprost opisuje tę konkretną masakrę w Betlejem. Józef Flawiusz, który szczegółowo opisuje panowanie Heroda i jego liczne okrucieństwa, nie wspomina o zabiciu dzieci w Betlejem.  Nie oznacza to jednak automatycznie, że wydarzenie jest historycznie niemożliwe.
    Betlejem było niewielką miejscowością, więc liczba dzieci w wieku do około dwóch lat mogła być stosunkowo mała. Taki lokalny akt przemocy mógł również nie zostać odnotowany przez historyków, zwłaszcza że źródła dotyczące starożytności są bardzo niepełne. Co ważne, opis Mateusza bardzo dobrze pasuje do tego, co wiemy o charakterze Heroda. Jego historia pokazuje, że rzeczywiście potrafił eliminować osoby, które uważał za zagrożenie dla swojej władzy. 
    Dlatego uczciwe podejście brzmi: Nie mamy niezależnego potwierdzenia tej konkretnej masakry, ale nie ma też historycznego powodu, aby uznać ją za niemożliwą.
    I niezależnie od dyskusji historycznej, przesłanie Mateusza jest bardzo mocne.

    A gdzie w tym wszystkim jest Bóg? To chyba najtrudniejsze pytanie. Bóg ostrzegł Mędrców. Bóg ostrzegł Józefa. Bóg uratował Jezusa. Ale inne dzieci nie zostały uratowane. I tutaj pojawia się ogromna tajemnica. Dlaczego?
    Mateusz nie daje nam odpowiedzi, która wyjaśniałaby każde cierpienie. Nie mówi: „Te dzieci musiały umrzeć, żeby coś osiągnąć”. I dobrze. Bo Biblia nigdy nie przedstawia śmierci niewinnych dzieci jako czegoś dobrego. Zło pozostaje złem. Herod ponosi odpowiedzialność za swoją decyzję. To nie Bóg wydał rozkaz zabicia dzieci. To Herod wybrał przemoc.
    I to jest bardzo ważne.

    Bóg nie jest Herodem W tej historii widzimy dwa zupełnie różne serca.
    Herod mówi: „Muszę zachować swoje królestwo”.
    Bóg mówi: „Przychodzę, aby zbawić”.

    Herod zabija, aby utrzymać władzę. Bóg staje się Człowiekiem i oddaje swoje życie, aby dać życie innym. Herod boi się utraty kontroli.

    Jezus przychodzi, aby człowieka uwolnić.

    Herod wykorzystuje słabszych dla własnego bezpieczeństwa. Jezus oddaje siebie za słabych. To chyba jeden z najmocniejszych kontrastów całej Ewangelii.
    Herod bierze życie, żeby zachować swoje królestwo. Jezus oddaje swoje życie, żeby dać nam Królestwo.

    Bóg widzi płacz matek

    Mateusz cytuje wtedy proroka Jeremiasza: „Głos usłyszano w Rama, płacz i wielkie zawodzenie; Rachel płacząca nad swoimi dziećmi…” To bardzo poruszające. Bóg nie mówi: „To nic takiego”. Nie mówi: „Nie płacz”. Nie próbuje pomniejszyć bólu. Biblia pozwala matkom płakać. Pozwala wybrzmieć ich rozpaczy. I właśnie dlatego widzę tutaj bardzo czułe serce Boga. Bóg widzi łzy, których nie widzi historia. Może ludzie zapomnieli imiona tych dzieci. Może nie znamy ich imion. Nie znamy ich twarzy. Nie wiemy, kim miały zostać. Ale Bóg je znał. Dla Boga nie były anonimową grupą dzieci z małej miejscowości. Były Jego stworzeniami. Były czyimiś synami. Czyimiś dziećmi. Czyjąś radością. Czyimś całym światem.
    I myślę, że właśnie dlatego ten fragment jest tak przejmujący. Bóg nie jest obojętny na ich śmierć. A jednak Jezus ocalał

    Józef otrzymuje ostrzeżenie:

    „Wstań, weź Dziecko i Jego Matkę i uciekaj do Egiptu”.

    Józef natychmiast reaguje. Rodzina ucieka. Jezus zostaje ocalony. I tutaj znowu widzimy Boga, który prowadzi i chroni.

    Ale jednocześnie pozostaje pytanie:

    Dlaczego Bóg ocalił Jezusa, a nie wszystkie dzieci?

    Nie znamy odpowiedzi. I myślę, że warto mieć odwagę powiedzieć: Nie wiem. Wiara nie polega na tym, że na każde pytanie potrafimy znaleźć logiczne wyjaśnienie. Wiara czasami polega na tym, że nawet wobec rzeczy, których nie rozumiem, nie przestaję wierzyć, że Bóg jest dobry. Jezus nie pozostaje poza ludzkim cierpieniem Jest jednak coś niezwykle ważnego.

    Bóg nie odpowiada na cierpienie świata, pozostając daleko od niego. Sam wchodzi w ten świat.

    Jezus od początku swojego życia doświadcza zagrożenia. Jego rodzina musi uciekać. Staje się uchodźcą. Dorasta w świecie przemocy, niesprawiedliwości, choroby, śmierci i ludzkiego bólu. A później sam doświadcza odrzucenia, zdrady, przemocy i śmierci.

    Dlatego kiedy człowiek pyta: „Boże, czy Ty wiesz, czym jest cierpienie?” Chrześcijańska odpowiedź brzmi: Tak.
    Bóg nie patrzy na nasze cierpienie z bezpiecznego dystansu. W Jezusie wszedł w sam środek ludzkiego bólu. Największy paradoks Herod chciał zabić Jezusa, ponieważ bał się, że Jezus odbierze mu królestwo. A Jezus rzeczywiście przyszedł jako Król. Tylko że Jego Królestwo nie wyglądało tak, jak wyobrażał je sobie Herod.

    Jezus nie przyszedł odebrać komuś tronu. Przyszedł oddać swoje życie. Nie budował Królestwa przez przemoc. Budował je przez miłość. Nie zabijał swoich przeciwników. Modlił się za nich. Nie niszczył słabych. Dotykał ich. Nie wykorzystywał człowieka dla własnej korzyści. Oddał siebie za człowieka. I dlatego Mateusz 2 jest czymś więcej niż historią okrutnego króla. To pierwsze zderzenie dwóch królestw: królestwa opartego na strachu i królestwa opartego na miłości.

    Co ta historia mówi o sercu Boga?

    Mówi mi, że Bóg nie jest Bogiem przemocy. Mówi, że ludzkie zło jest prawdziwe i ma realne konsekwencje. Mówi, że Bóg widzi cierpienie, nawet jeśli świat o nim zapomina.

    Mówi, że Bóg słyszy płacz. Mówi, że Bóg potrafi prowadzić i chronić nawet w świecie pełnym zagrożeń. Ale mówi również coś jeszcze: Bóg nie obiecuje, że nigdy nie spotka nas cierpienie. Obiecuje swoją obecność pośród niego.

    A w Jezusie pokazuje, jak daleko jest gotów posunąć się w swojej miłości.

    Co to mówi do mnie? Kiedy czytam o dzieciach z Betlejem, nie chcę odwracać wzroku. Chcę pozwolić sobie zobaczyć, jak straszne jest zło. Bo tylko wtedy naprawdę zaczynam rozumieć, jak wielka jest miłość Boga. Chcę również pamiętać, że za każdym cierpieniem człowieka Bóg widzi osobę, nie statystykę. Dlatego kiedy widzę cierpienie innych, nie chcę przechodzić obok niego obojętnie. Chcę mieć serce, które potrafi zapłakać. Serce, które potrafi współczuć. Serce, które potrafi pomóc. I serce, które potrafi powiedzieć:
    „Boże, nie rozumiem wszystkiego. Ale nie chcę przestać Ci ufać”.

    ❤️ Najbardziej poruszająca myśl

    Może w tym fragmencie jest jeszcze jedna rzecz, której potrzebuję.

    Czasami patrzę na swoje życie i widzę tylko to, czego Bóg nie zrobił.

    „Dlaczego tego nie zatrzymałeś?” „Dlaczego do tego dopuściłeś?” „Dlaczego pozwoliłeś, żeby tak bardzo bolało?”
    I nie zawsze dostaję odpowiedź. Ale Mateusz 2 przypomina mi, że brak odpowiedzi nie oznacza braku Boga. Józef nie rozumiał całej historii. Mędrcy nie znali całej historii. Maria nie znała całej historii. A Bóg znał ją od początku. Może więc czasami moją modlitwą nie musi być: „Boże, wyjaśnij mi wszystko”. Może może być: „Boże, kiedy nie rozumiem — trzymaj mnie blisko siebie”.

    🙏 Modlitwa

    Ojcze, ten fragment jest trudny. Nie rozumiem cierpienia niewinnych. Nie rozumiem wszystkich Twoich dróg. Nie chcę udawać, że rozumiem. Ale wierzę, że widzisz każdą łzę. Widzisz tych, o których zapomniał świat. Widzisz dzieci, które cierpią. Widzisz rodziców, którzy płaczą. Widzisz moje własne pytania i ból. Proszę, daj mi serce, które nie stanie się obojętne na cierpienie. Naucz mnie współczuć. Naucz mnie pomagać. Naucz mnie chronić słabszych.I kiedy spotykam rzeczy, których nie potrafię zrozumieć, pomóż mi nie odwracać się od Ciebie. Przypominaj mi, że Ty sam wszedłeś w ludzki ból. Że Jezus zna odrzucenie, strach, cierpienie i śmierć.

    I że historia nie kończy się na Betlejem. Nie kończy się na Herodzie. Nie kończy się na krzyżu. Bo ostatnie słowo należy do życia.

    Amen. ❤️

    🌿 Myśl na koniec

    Herod chciał zniszczyć Jezusa, ponieważ bał się utraty swojego królestwa. Bóg przyszedł na świat jako Dziecko, aby nie zabierać życia, ale je oddać.

    I może właśnie dlatego, czytając o rzezi niewiniątek, najbardziej chcę zapamiętać:

    Bóg widzi każdy ból.

    Bóg nie jest obojętny na żadną łzę.

    A nawet kiedy nie rozumiem Jego milczenia, mogę wierzyć, że Jego serce nie przestało być sercem Ojca. ❤️

  • Ewangelia Mateusza rozdział II

    Mateusz 2 — Bóg, który widzi więcej 

    ❤️

    Drugi rozdział Ewangelii Mateusza jest pełen wydarzeń, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się trudne i chaotyczne: Mędrcy przybywający ze Wschodu, Herod szukający Jezusa, ucieczka do Egiptu i powrót do Nazaretu. A jednak kiedy zatrzymam się nad tym tekstem, widzę przede wszystkim Boga, który widzi więcej, prowadzi, ostrzega, chroni i troszczy się o swoich.

    To także historia ludzi, którzy musieli zdecydować, komu zaufają.

    Mędrcy — ludzie, którzy wyruszyli w poszukiwaniu Króla

    Mateusz mówi, że Mędrcy przybyli ze Wschodu, ponieważ zobaczyli gwiazdę i rozpoznali w niej znak narodzin Króla.

    Nie wiemy dokładnie, kim byli, ilu ich było ani z jakiego kraju pochodzili. Najczęściej łączy się ich z terenami Persji, Babilonii lub szerzej — Bliskiego Wschodu. Byli prawdopodobnie ludźmi wykształconymi, związanymi z religią, obserwacją nieba i interpretowaniem znaków. Nie byli „magikami” w dzisiejszym znaczeniu tego słowa.

    Być może znali również pewne żydowskie proroctwa dotyczące przyszłego Króla. Nie możemy jednak powiedzieć z całą pewnością, co dokładnie wiedzieli. Wiemy natomiast jedno: zobaczyli znak i wyruszyli. Nie zatrzymali się na ciekawości. Podjęli trud podróży, zostawili swoje miejsce i ruszyli w nieznane.

    Ich wiara miała swoją cenę. I to jest pierwsza lekcja dla mnie: czasami mówię „Boże, chcę Cię znaleźć”, ale jednocześnie chciałabym, żeby nic mnie to nie kosztowało. Mędrcy pokazują, że szukanie Boga czasami wymaga odwagi, decyzji i zrobienia pierwszego kroku, nawet jeśli nie znam całej drogi.
    Zobaczyli więcej niż widziały oczy. Mędrcy przychodzą do Jezusa nie do pałacu, lecz do skromnej rodziny. Maria i Józef nie byli ludźmi otoczonymi bogactwem.
    Przy ofiarowaniu Jezusa w świątyni złożyli dwie synogarlice lub dwa młode gołębie — ofiarę przewidzianą dla osób, których nie było stać na baranka. A jednak właśnie do tej rodziny przychodzą Mędrcy. Patrząc tylko oczami, można było zobaczyć młodą matkę, Józefa i małe Dziecko. Mędrcy zobaczyli Króla.
    Dlatego padają przed Nim na twarz i oddają Mu pokłon. To niezwykle piękny obraz: świat mógł zobaczyć zwyczajną, skromną rodzinę, ale Mędrcy zobaczyli coś więcej. Nie wszystko, co najcenniejsze, wygląda na cenne. Czasami Bóg ukrywa wielkie rzeczy pod bardzo prostą postacią. Jezus — Król świata — przychodzi jako bezbronne Dziecko.
    I może właśnie tego potrzebuję nauczyć się również ja: patrzeć głębiej. Nie oceniać ludzi, sytuacji i własnego życia tylko po tym, co widać dzisiaj.
    Nie przyszli z pustymi rękami Mędrcy otworzyli swoje skarby i ofiarowali Jezusowi złoto, kadzidło i mirrę. Były to kosztowne dobra. Tradycja chrześcijańska widzi
    w nich również symbolikę: złoto związane z królewską godnością Jezusa, kadzidło
    z Jego boskością, a mirrę z Jego przyszłym cierpieniem i śmiercią. Mateusz nie wyjaśnia jednak sam znaczenia tych darów, dlatego tę symbolikę warto traktować jako tradycyjną interpretację. Jest natomiast coś pewnego: Mędrcy nie przyszli tylko po to, żeby coś otrzymać. Przyszli również coś dać.

    I tutaj pojawia się pytanie do mojego serca: Co jest moim skarbem? Może pieniądze, ale nie tylko. Mój czas. Moje zdolności. Moja praca. Moja rodzina. Moje doświadczenie. Moje plany. Moje marzenia. A może przede wszystkim moja potrzeba kontroli? Czasami największym darem, jaki mogę oddać Bogu, jest powiedzenie: „Boże, to jest moje życie. Moje plany i moja przyszłość. Oddaję Ci je. Pokaż mi, co mam z nimi zrobić”.

    Czy Bóg przygotował zaopatrzenie, zanim pojawiła się potrzeba?

    I tutaj pojawia się jedna z najbardziej poruszających myśli tego rozdziału.

    Zaraz po odejściu Mędrców anioł mówi Józefowi, aby wstał, zabrał Jezusa i Marię
    i uciekł do Egiptu. Józef jeszcze chwilę wcześniej nie wiedział, że będzie musiał uciekać. Nie wiedział, jak długo będą poza domem ani co ich tam
    czeka. A chwilę wcześniej do ich życia przychodzą Mędrcy z kosztownymi darami. Biblia nie mówi wprost, że złoto, kadzidło i mirra zostały wykorzystane na podróż
    i pobyt w Egipcie, dlatego nie możemy powiedzieć tego jako pewnika. Ale możemy zauważyć, że były to wartościowe dary, które mogły stać się materialnym wsparciem dla rodziny.

    I właśnie tutaj widzę piękny obraz Bożego działania: Bóg może przygotować zaopatrzenie, zanim ja jeszcze wiem, że będę go potrzebować.
    Ja widzę dzisiejszy dzień. – Bóg widzi jutro. Ja widzę potrzebę dopiero wtedy, kiedy się pojawia. – Bóg zna ją wcześniej. Nie oznacza to, że Bóg zawsze da mi dokładnie to, czego oczekuję. Ale mogę wierzyć, że nie jestem poza Jego spojrzeniem.

    Bóg może posłużyć się drugim człowiekiem

    Mędrcy prawdopodobnie nie wiedzieli, co stanie się z ich darami. Przyszli, aby oddać pokłon Królowi. Być może nie mieli pojęcia, że ich obecność i to, co ze sobą przynieśli, może mieć znaczenie również dla dalszej historii tej rodziny. I to jest piękne. Oni widzieli swój dar. Bóg widział jego dalszą historię.
    Może tak samo jest czasami ze mną.
    Daję komuś swój czas, pomoc, pieniądze, dobre słowo czy zwykłą obecność i myślę, że to tylko mały gest. A Bóg może widzieć znacznie więcej. Może moje „małe” stanie się dla kogoś odpowiedzią na modlitwę.

    Herod — kiedy człowiek bardziej boi się utraty kontroli niż Boga

    Na drugim końcu tej historii stoi Herod.

    Mędrcy szukają Jezusa, żeby oddać Mu pokłon. Herod słyszy o Jezusie i zaczyna się bać. Dlaczego? Bo Jezus jest Królem, a Herod chce zachować swoją władzę. To ogromny kontrast. Mędrcy widzą w Jezusie Króla, którego warto szukać. Herod widzi w Nim zagrożenie, które trzeba usunąć. I to również może być pytanie do mnie. Czy chcę, aby Bóg był w moim życiu, ale jednocześnie chcę sama wszystko kontrolować? Czy potrafię powiedzieć: „Boże, nie rozumiem, ale ufam Ci”?

    Mędrcy wybrali Boga zamiast strachu przed człowiekiem

    Herod poprosił Mędrców, aby po odnalezieniu Jezusa wrócili do niego i powiedzieli, gdzie znajduje się Dziecko. Bóg jednak ostrzegł ich we śnie, aby tego nie robili. I Mędrcy posłuchali Boga. Wrócili do swojej krainy inną drogą. To było nieposłuszeństwo wobec polecenia króla. Herod mógł się rozgniewać — i rzeczywiście jego późniejsze działania pokazują, jak wielki był jego gniew. Mędrcy jednak nie pozwolili, aby strach przed człowiekiem był większy niż ich posłuszeństwo Bogu.

    To bardzo ważna lekcja.

    Czasami również ja mogę bać się czyjejś reakcji. „Co ktoś powie?” „Co pomyślą?” „Czy się nie obrazi?” „Czy nie będzie zły?”
    A jednak Mędrcy przypominają: Nie mogę pozwolić, aby strach przed człowiekiem odebrał mi odwagę do posłuszeństwa Bogu.

    Józef — człowiek, który słucha i działa

    Józef w tym rozdziale prawie nic nie mówi, ale jego czyny mówią bardzo dużo.
    Bóg mówi — Józef słucha. Bóg mówi: „Wstań i uciekaj” — Józef wstaje i ucieka. Bóg mówi: „Wróć” — Józef wraca. Nie dostaje mapy całego życia Jezusa. Dostaje światło na następny krok i to wystarcza.

    Czy nie tego właśnie często oczekuję od Boga? Chciałabym znać całą przyszłość. Chciałabym wiedzieć, co będzie za rok, za pięć lat, jak wszystko się skończy. A Bóg czasami mówi tylko: „Zaufaj Mi dzisiaj. Zrób następny krok”.
    Może wiara właśnie na tym polega. Nie na tym, że znam całą drogę, tylko na tym, że znam Tego, który ją zna.

    Ojcowskie serce Boga

    W Mateuszu 2 szczególnie mocno widzę Boga jako Ojca, który troszczy się o swoje dziecko.

    Bóg ostrzega Józefa. Prowadzi go. Chroni Jezusa. Pokazuje, kiedy trzeba odejść,
    a kiedy można wrócić.

    Nie mówi: „Nic złego się nie wydarzy”. Mówi: „Wstań. Idź. Ja wiem, dokąd cię prowadzę”. Boża ochrona nie zawsze oznacza, że usunie z naszej drogi każde niebezpieczeństwo. Czasami oznacza, że przeprowadzi nas przez trudną drogę.
    I może właśnie tego potrzebuję usłyszeć:

    Bóg nie obiecuje, że droga zawsze będzie łatwa. Obiecuje, że nie muszę iść nią sama.

    Kiedy nie rozumiem, co Bóg robi

    Mateusz 2 nie jest historią bez cierpienia.

    Jest Herod, jest strach, jest ucieczka, są niewinne dzieci, jest ból. A jednak Boży plan nie zostaje pokonany. Jezus zostaje ocalony. Rodzina trafia do Egiptu, a później wraca. I to przypomina mi coś bardzo ważnego: Nie oceniaj całej historii na podstawie jednego trudnego rozdziału. Czasami w moim życiu coś wygląda jak koniec. Drzwi się zamykają. Plan się rozpada. Muszę zacząć od początku. Nie wiem, dlaczego Bóg na to pozwala.

    Ale Mateusz 2 uczy mnie, że to, co wygląda jak przerwanie planu, może stać się częścią większej historii. Ja widzę fragment. Bóg widzi całość. Spotkanie z Jezusem zmienia drogę Mędrcy przyszli jedną drogą, a wrócili inną. To dla mnie piękny symbol. Prawdziwe spotkanie z Jezusem powinno coś we mnie zmieniać. Może muszę zmienić kierunek. Zostawić coś, do czego ciągle wracam. Przestać żyć w sposób, który Bóg pokazuje mi jako niewłaściwy. Mędrcy nie wrócili do Heroda. Wybrali inną drogę. Może ja również czasami potrzebuję usłyszeć: „Tędy już nie. Chodź ze Mną inną drogą”.

    ❤️ Co Mateusz 2 mówi o mnie?

    Mówi mi, że mogę być podobna do Heroda — kiedy bardziej zależy mi na kontroli niż na Bogu. Mogę być podobna do Mędrców — kiedy nie wiem wszystkiego, ale szukam Jezusa i jestem gotowa wyruszyć. Mogę być podobna do Józefa — kiedy słucham Boga i robię kolejny krok, nawet jeśli nie znam całej drogi.
    I dlatego chcę dziś zadać sobie pytanie: Czy bardziej szukam odpowiedzi, czy szukam Jezusa? Bo czasami nie dostaję odpowiedzi, której oczekuję. Ale mogę dostać coś jeszcze ważniejszego: Bożą obecność.

    ❤️ Czego uczy mnie ojcowskie serce Boga?

    Kiedy czytam Mateusza 2, mam wrażenie, jakby Bóg mówił: „Nie musisz znać całej drogi. Ja ją znam”. „Kiedy nie widzisz rozwiązania, Ja już widzę możliwości”. „Kiedy drzwi się zamykają, nie zakładaj od razu, że Cię opuściłem”.„Kiedy każę Ci zmienić kierunek, zaufaj Mi”. „Kiedy nie rozumiesz, co robię, pamiętaj, że widzę więcej niż Ty”. I może najpiękniejsze: „Nie musisz widzieć wszystkiego, żeby Mi zaufać”.

    🙏 Moja modlitwa po przeczytaniu Mateusza 2

    Ojcze, naucz mnie patrzeć głębiej — nie tylko oczami, ale sercem. Kiedy widzę problem, pokaż mi swoją obecność. Kiedy widzę brak, przypomnij mi, że Ty znasz moje potrzeby. Kiedy nie rozumiem drogi, daj mi odwagę zrobić następny krok. Naucz mnie ufać Ci tak jak Józef, szukać Cię tak jak Mędrcy i nie bać się bardziej człowieka niż Ciebie. Pomóż mi otworzyć przed Tobą mój skarbiec — moje plany, marzenia, czas, pieniądze, relacje i wszystko, co tak bardzo chcę zatrzymać dla siebie.

    Chcę Ci powiedzieć: „Boże, moje życie jest w Twoich rękach. Nie znam całej drogi, ale znam Ciebie. I chcę Ci zaufać”.

    Amen. ❤️

    🌿 Jedna myśl, którą chcę zabrać ze sobą

    Mędrcy zobaczyli małe Dziecko i rozpoznali w Nim Króla. Józef nie znał całej drogi, ale zrobił następny krok. Maria i Józef mieli niewiele, a Bóg powierzył im największy Skarb. Mędrcy otworzyli swoje skarby, nie wiedząc, do czego Bóg wykorzysta ich dary. A Bóg przez cały czas widział więcej. Dlatego nie muszę rozumieć całej swojej drogi, aby zaufać Temu, który ją zna. Bo kiedy ja widzę tylko dzisiejszy dzień, Bóg widzi całą historię.

  • Ewangelia Mateusza I rozdział

    Rozdział I

    Rodowód Jezusa, czyli Bóg, który nie boi się naszej historii

    Kiedy otwieramy Ewangelię według św. Mateusza, możemy mieć wrażenie, że pierwsze wersety nie są szczególnie interesujące. Imiona, jedno po drugim: Abraham, Izaak, Jakub, Juda… kolejne pokolenia, kolejne nazwiska.

    Można przeczytać ten fragment szybko i pomyśleć: „Dobrze, to teraz przejdźmy już do historii Jezusa”.

    A jednak właśnie tutaj kryje się coś niezwykle pięknego.

    Bo kiedy zatrzymamy się nad tymi imionami, odkrywamy, że rodowód Jezusa nie jest historią idealnej rodziny. Znajdują się w nim ludzie ze słabościami, błędami, grzechami, skomplikowaną przeszłością, a nawet bardzo trudnymi historiami.

    I wtedy zaczynamy rozumieć coś ważnego o Bogu.

    Bóg nie boi się ludzkiej historii. Nie potrzebuje idealnych ludzi, żeby realizować swój plan. I może właśnie dlatego Mateusz zaczyna swoją Ewangelię od rodowodu.

    Bo zanim opowie nam o Jezusie, pokazuje nam ludzi. Prawdziwych ludzi. Takich jak my.

    Abraham – człowiek wiary, który również się bał

    Abraham jest jednym z największych bohaterów wiary w Biblii. A jednak miał swoje słabości. W sytuacji zagrożenia bał się o własne życie i próbował zabezpieczyć się własnymi sposobami. Zamiast całkowicie zaufać Bogu, zaczął kombinować, jak uniknąć niebezpieczeństwa.

    Ile razy my robimy podobnie?

    Mówimy: „Boże, ufam Ci”, a chwilę później próbujemy wszystko sami kontrolować. Ufamy Bogu, ale jednocześnie boimy się przyszłości.Modlimy się, a później zamartwiamy się godzinami.

    Abraham pokazuje mi, że można być człowiekiem wiary i jednocześnie zmagać się z lękiem.

    Dojrzałość nie polega na tym, że już nigdy się nie boję. Polega na tym, że uczę się przynosić swój strach Bogu.

    Izaak – kiedy powtarzamy to, co znamy

    Izaak również powtórzył błąd swojego ojca. W podobnej sytuacji zachował się podobnie jak Abraham. To pokazuje coś bardzo prawdziwego o człowieku.Często przejmujemy pewne schematy od naszych rodzin. Sposób reagowania na złość. Sposób rozwiązywania konfliktów. Lęki. Nieumiejętność rozmawiania. Potrzebę kontroli.

    Czasami nawet nie zauważamy, że robimy dokładnie to, czego sami kiedyś nie rozumieliśmy u naszych rodziców. Ale historia Izaaka przypomina mi, że nie jestem skazany na powtarzanie wszystkiego, co otrzymałem w swojej historii.
    Z Bożą pomocą pewne schematy mogą zakończyć się właśnie na mnie.

    Jakub – człowiek, który próbował wszystko załatwić po swojemu

    Jakub był człowiekiem sprytnym. Potrafił wykorzystać sytuację i zdobyć to, czego pragnął. Problem w tym, że czasami próbował otrzymać Boże błogosławieństwo własnymi sposobami. Oszukiwał, kombinował, manipulował.

    Czy czasami nie jesteśmy podobni?

    Chcemy czegoś bardzo mocno i zamiast zaufać Bogu, próbujemy wszystko sami poukładać.

    „Muszę to załatwić.” „Muszę mieć kontrolę.” „Muszę doprowadzić do tego, żeby wszystko wydarzyło się po mojemu.”

    Historia Jakuba uczy mnie, że nie muszę manipulować życiem, żeby otrzymać od Boga to, co jest dla mnie dobre. Mogę zaufać. Mogę przestać wszystko kontrolować.

    Mogę pozwolić Bogu działać również wtedy, kiedy nie wiem, jaki będzie następny krok.

    Juda i Tamar – Bóg nie ukrywa trudnych historii

    W rodowodzie Jezusa pojawia się również Juda i Tamar. Za tymi imionami kryje się bardzo skomplikowana historia pełna zaniedbań, niesprawiedliwości, podstępu i grzechu.

    A jednak Mateusz jej nie ukrywa. Nie próbuje stworzyć pięknego, idealnego drzewa genealogicznego. Pokazuje prawdę.

    I to bardzo mocno przemawia do mnie.

    Bo może czasami chcemy przed Bogiem wyglądać lepiej, niż naprawdę wyglądamy. Chcemy Mu pokazać tylko to, z czego jesteśmy dumni.
    A przecież On zna całą historię. Zna moje dobre decyzje, ale zna również te, których się wstydzę.
    Zna moje zwycięstwa i moje upadki. I mimo wszystko mówi: „Nadal cię chcę. Nadal możesz iść ze Mną dalej.”

    Bóg nie potrzebuje, żebym udawał przed Nim idealnego. Potrzebuje mojego prawdziwego serca.

    Rachab – człowiek nie jest swoją przeszłością

    Rachab miała bardzo trudną przeszłość. Była nierządnicą, a mimo to znalazła się w rodowodzie Jezusa. To jest niezwykłe.

    Bo człowiek często patrzy na innych przez pryzmat ich przeszłości.

    „Wiem, co zrobił.” „Wiem, jaka kiedyś była.” „Znam jego historię.”

    A Bóg patrzy szerzej. Bóg widzi nie tylko to, kim człowiek był. Widzi również to, kim może się stać. Rachab nie została na zawsze zamknięta w swojej przeszłości. Jej historia poszła dalej.

    I może to jest również słowo dla mnie. Nie muszę całe życie nosić etykiety swoich dawnych błędów. Mogę się zmienić. Mogę zacząć od nowa. Mogę pozwolić Bogu napisać kolejny rozdział.

    Rut – ta, która „nie pasowała”

    Rut była Moabitką. Była cudzoziemką. Nie należała do narodu izraelskiego. A jednak właśnie ona znalazła się w rodowodzie Dawida, a później Jezusa.

    To pokazuje mi, że Bóg nie patrzy na człowieka według naszych ludzkich kategorii.

    My czasami myślimy: „Nie jestem wystarczająco dobry.” „Nie jestem wystarczająco święty.” „Nie pasuję.” „Inni są bliżej Boga niż ja.”

    Rut przypomina: Bóg może zaprosić do swojej historii również tego, kto sam uważa, że do niej nie pasuje. Nie muszę być kimś innym, żeby przyjść do Boga. Mogę przyjść taki, jaki jestem.

    Dawid – wielki człowiek i wielki upadek

    Dawid jest chyba jednym z najmocniejszych przykładów. Był człowiekiem, który kochał Boga. Był królem, wojownikiem. Był człowiekiem modlitwy. A jednocześnie dopuścił się bardzo poważnego grzechu. Zobaczył Batszebę, pożądał jej, dopuścił się cudzołóstwa, a później próbował ukryć swoje czyny. Doprowadził również do śmierci jej męża, Uriasza. To nie był drobny błąd. To był poważny grzech i nadużycie władzy.
    A jednak Bóg nie powiedział: „Dawid, dla ciebie wszystko jest już skończone”. Dawid został skonfrontowany z prawdą. Musiał zobaczyć swój grzech. Musiał się uniżyć. Musiał się nawrócić.
    I tutaj odkrywamy coś niezwykle ważnego: Boże miłosierdzie nie oznacza, że grzech nie ma znaczenia. Miłosierdzie oznacza, że grzech nie musi mieć ostatniego słowa. Można upaść. Można bardzo mocno pobłądzić. Ale można również wrócić.

    Salomon – kiedy człowiek zaczyna tracić serce

    Salomon otrzymał od Boga niezwykłą mądrość. Miał bogactwo, władzę i ogromne możliwości.
    A jednak z czasem jego serce zaczęło odchodzić od Boga.

    To jest dla mnie bardzo ważne ostrzeżenie. Nie zawsze odchodzimy od Boga przez jeden wielki bunt. Czasami dzieje się to powoli. Ponadto to nie wiedza i rozum trzyma nas przy Bogu, lecz przemienione serce. Trochę zaniedbanej modlitwy. Trochę mniej czasu dla Boga. Coraz większe przywiązanie do rzeczy materialnych. Coraz większe znaczenie opinii innych. Coraz więcej własnych planów. I nagle okazuje się, że Bóg, który kiedyś był centrum mojego życia, znalazł się gdzieś na jego obrzeżach. Dlatego trzeba pilnować swojego serca.

    Co więc ten rodowód mówi do mnie?

    Kiedy patrzę na te wszystkie historie, zaczynam rozumieć, że rodowód Jezusa jest trochę jak lustro.

    Widzę w nim ludzi, którzy się bali. Ludzi, którzy kombinowali. Ludzi, którzy próbowali kontrolować życie. Ludzi, którzy popełniali poważne grzechy. Ludzi z trudną przeszłością. Ludzi, którzy czuli się obcy. Ludzi, którzy upadali.

    Ale widzę również ludzi, którzy wracali do Boga, uczyli się ufać, podejmowali decyzje wiary
    i pozwalali Mu działać w swoim życiu.

    I wtedy rodzi się we mnie pytanie: A co Bóg chce zrobić z moją historią?

    Może nie jest idealna. Może są w niej rozdziały, których nie chciałabym nikomu pokazywać.
    Może są rzeczy, których żałuję. Może są schematy, z którymi walczę.

    Ale jeśli Bóg potrafił prowadzić ludzi z tak skomplikowaną historią, to może również moją historię potrafi przemienić w coś dobrego. Nie muszę być idealna, żeby być kochana. Myślę, że właśnie tutaj najbardziej dotykamy ojcowskiego serca Boga.

    Czasami żyjemy tak, jakbyśmy musieli najpierw stać się dobrzy, a dopiero potem Bóg nas pokocha. Najpierw muszę się poprawić. Najpierw muszę przestać grzeszyć. Najpierw muszę uporządkować swoje życie. Najpierw muszę stać się „lepszą wersją siebie”. A dopiero wtedy mogę przyjść do Boga.

    Tymczasem Ewangelia pokazuje coś odwrotnego. To Bóg przychodzi do człowieka. Jezus nie pojawia się w idealnej rodzinie idealnych ludzi. Pojawia się w ludzkiej historii pełnej dobra i zła.

    Dlaczego? Bo Bóg nie czeka, aż człowiek stanie się idealny, żeby go pokochać. To Jego miłość ma człowieka przemieniać. Nie staję się lepszy po to, żeby zasłużyć na miłość Boga. Staję się lepszy dlatego, że zaczynam odkrywać, że jestem kochany.

    Emmanuel – Bóg z nami

    I właśnie dlatego końcówka tego rozdziału jest tak piękna. Jezus otrzymuje imię, które oznacza: Emmanuel – Bóg z nami.

    Nie Bóg daleko. Nie Bóg, który siedzi gdzieś wysoko i czeka, aż popełnię błąd. Nie Bóg, przed którym muszę udawać. Ale Bóg z nami. Bóg wchodzi w naszą historię. Bóg jest obecny również w tych fragmentach mojego życia, których nie rozumiem. Jest ze mną, kiedy się boję. Jest ze mną, kiedy upadam. Jest ze mną, kiedy zaczynam od nowa. Jest ze mną wtedy, kiedy nie wiem, co dalej.

    I może właśnie to jest najważniejsze przesłanie pierwszego rozdziału Ewangelii Mateusza: Nie musisz mieć idealnej historii, żeby Bóg mógł działać w Twoim życiu. On zna Twoją historię, całą i mimo wszystko mówi: „Jesteś mój. Nie bój się. Idź ze Mną.”

    Jak mogę odpowiedzieć na tę miłość? Nie muszę od razu zmieniać całego swojego życia. Mogę zacząć od małych rzeczy. Mogę nauczyć się zatrzymywać, zanim zareaguję złością. Mogę przeprosić, kiedy zrobię coś złego. Mogę przestać obgadywać innych. Mogę wybaczyć komuś, kto mnie zranił. Mogę przestać wszystko kontrolować. Mogę bardziej ufać Bogu. Mogę zrobić coś dobrego, nie oczekując niczego w zamian. Mogę codziennie wieczorem zapytać: „Boże, gdzie dzisiaj byłam blisko Ciebie, a gdzie od Ciebie uciekłam?” I następnego dnia spróbować zrobić jeden krok lepiej. Bo świętość nie zawsze zaczyna się od wielkich rzeczy. Czasami zaczyna się od jednego spokojnego słowa zamiast krzyku. Od jednego „przepraszam”. Od jednego „wybaczam”. Od jednego „Jezu, ufam Tobie”. Od jednego momentu, w którym zamiast działać ze strachu, wybieram zaufanie.

    Na koniec zostaje mi jedno pytanie Nie: „Czy jestem wystarczająco dobrym człowiekiem?” Ale: „Ojcze, co chcesz dzisiaj przemienić w moim sercu?”

    Bo patrząc na rodowód Jezusa, widzę, że Bóg nie potrzebuje ludzi bez historii. Potrzebuje ludzi, którzy pozwolą Mu wejść w swoją historię. A może właśnie to jest najpiękniejsza wiadomość dla każdego z nas:

    Moja przeszłość nie musi być moim przeznaczeniem. Moje słabości nie muszą być moją tożsamością. Moje upadki nie muszą być końcem.
    Bo historia jest w rękach Ojca, który potrafi wyprowadzić dobro nawet z tego, co po ludzku wydaje się pogmatwane.